IUS

ACTIONES

RES

2008
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik

PERSONAE

Katarzyna
Katjah
Niniane

Link 05.01.2008 :: 12:52 Komentuj (3)
Wszyscy narzekają, że im zimno. W opisach na gadzie jęczą, że zamarzają, na swych słitaśnych blogaskach sarkają na minusowe temperatury, na forum spierają się z nielicznymi entuzjastami mrozów, zgrzytając przy tym i szczękając klawiaturami. Być może i ja również przyłączyłabym się do tych zgrzytów, gdyby nie to, że zdarłam fleki w mych czarnych kozakach, zatem zaniosłam je do mojego ulubionego szewca, a szewc się nie dał tym razem namówić na żaden szybki romansik z moim obuwiem i w związku z tym do wtorku muszę pomykać w trekach. A treki nie pasują do mojego dziewczyńskiego płaszcza, toteż pomykanie należy ograniczyć do minimum. Ba, najlepiej to siedzieć w Tak Zwanym Domu na rzyci i się uczyć. Więc siedzę. I jest mi ciepło, albowiem carolyfery nieźle sobie radzą z tworzeniem klimatu – iście szklarniowego, dodajmy.
Warunki idealne dla hodowania cytrusów, wylęgu kurcząt, zapadania w sen zimowy. Wydawałoby się, że i nauka w takich okolicznościach przyrody nie powinna stwarzać większych kłopotów, że jedyną trudnością jest decyzja, czy skusić się na słownictwo prawnicze po angielsku, zaznajamiać ze świętymi Symonidesem i Bierzankiem patronującym mej nauce prawa międzynarodowego publicznego, zabawić się w cywilistyczne dziecię, czy raczej oceniać odpowiedzialność karną Wojchecia B. Bynajmniej.

Co można robić, gdy się ma w perspektywie parę kolosów i zbliżającą się sesję:
1. Przypomnieć sobie, że ostatnio się nabyło błyszczyk, który pachnie truskawkami. Szukać błyszczyka. Zaaplikować go sobie. Sprawdzić, jaki makijaż najlepiej do niego pasuje.
2. Zmyć z paznokci resztki tak zwanego frenczu, który się tak misternie robiło przed sylwestrem. Zabawić się w piłowanie paznokci, następnie zacząć robić frencz od nowa, zirytować się jego niedokładnością, zmyć, poszukać odżywki, zaaplikować.
3. Wspominanie o zaglądaniu sto razy na forum, pocztę, inne forum, inną pocztę, oraz na inne strony internetowe chyba nie ma sensu.
4. Powspominać wspomnianego już sylwestra, spędzonego we Wrogim Stołecznym Mieście W.
5. Sięgnąć po balonik, który pałęta się pod nogami. Powyżywać się na nim. Odrzucić. Wstać, podnieść. Przymierzyć. Pomyśleć, że dobrze, że nie jest się faktycznie w ciąży, albowiem eksperyment wykazał, że w takim stanie dopięcie na sobie swego czarnego, wielce lubianego płaszcza byłoby niemożliwością.
Muszę sobie zapamiętać, żeby planując prokreację dobrze wyliczyć porę roku, na którą przypadną najpóźniejsze miesiące mojej ciąży, bowiem nie zniosłabym konieczności nabycia tak wielkiego płaszcza. No bo co ja bym z nim później zrobiła? Nieekonomiczne. Jednakowoż póki co i tak nie zamierzam dorabiać się potomstwa, mam również nadzieję, że potomstwo nie zamierza dorabiać się mnie.

*

Na zakończenie, jako że jest to pierwsza notka w tym roku, mała statystyka. W roku ubiegłym przeczytałam siedemdziesiąt dwie książki. Siedem się nie liczy, bo to podręczniki. Do trzynastu lepiej się nie przyznawać, bo zaiste bardzo były nieambitne. Ambitnych zresztą było niewiele, niestety, nie polansuję się. Żivot.


Link 24.12.2007 :: 14:56 Komentuj (1)
Notka owa będzie niemalże okolicznościowa.
Słyszałam kiedyś taką plotę, że choinkę powinno się ubierać w wigilię, że taka jest Tradycja i że to jest ta najsłuszniejsza droga postępowania z choinką opisania w kodeksie postępowania z choinką (KPC). W mej rodzinie jednakowoż zwykło się uskuteczniać przyodziewanie drzewka w srebrzyste ozdoby już w wigilię wigilii, dopóki Tradycja nie stała się dobrym choć średnio zamierzonym usprawiedliwieniem dla lenistwa, czyli – do tego roku. Szczerze mówiąc, to ten akurat klimatyczny element świątecznej obrzędowości zawsze budzi we mnie ambiwalentne odczucia, no bo owszem, miło sobie raz, no, nawet dwa razy, rzucić okiem na takie dendrologiczne indywiduum, ale ubieranie tego, odkurzanie igieł, a później rozbieranie – zgroza, panie, zgroza. Podobne zresztą zdanie ma w tej kwestii reszta domowników, toteż wczoraj jakoś nikt się nie pokwapił skoczyć pod osiedlowy bar „Skorpion” po jakiś miły okaz świątecznego drzewka i przyjemność ta ostała się nam na dzisiaj.
Bardzo mnie jednakowoż ubodła inna nowelizacja wprowadzona do rodzinnych zasad postępowania z choinką (KRO KPC), bo oto nagle się okazało, że to właśnie ja będę tą osobą, która wraz z Pafakiem uda się o poranku po ów okazjonalny sprawunek. Muter zrezygnował bowiem z tej fuchy i tylko kazał nam wziąć rękawiczki, bo ponoć jest dziewięć stopni mrozu.

Winda.
- Naprawdę jest minus dziewięć? – zapytałam, czując, że bluza, którą podkradłam Pafakowi, nie jest szczególnie gruba.
- Blady świt i dziewięciostopniowy mróz – czego chcieć więcej! – zareagował, wywołując tym samym nikły uśmieszek na mych ustach.
- Wiesz, czasem odczuwam z tobą jakieś takie duchowe pokrewieństwo – wyznałam.
- Wiesz, to pokrewieństwo to chyba nie jest tylko duchowe – przypomniał mi wówczas brat mój, słusznie zresztą.

A później, kierując się ku barowi „Skorpion”, zauważyłam na chodniku kałużę. To była bardzo rozległa kałuża, a jednocześnie wyglądała tak, jakby ją zmroziło nagle, w ruchu, wtedy, kiedy się jeszcze nie zdążyła całkiem równomiernie rozpłynąć po okolicy, tylko takie małe strumyczki ścięte były w śliski, podstępny lód.
- Dziwna ta kałuża. Wygląda, jakby była zaskoczona – zauważyłam i jak gdyby nigdy nic poszłam dalej, starając się przy okazji nie poślizgnąć, stąpaliśmy wszak po niepewnym gruncie. No i gdy się już kawałek oddaliliśmy, to spostrzegłam, że się Pafak za siebie ogląda i cóż kontempluje? Oto stała nad wspomnianą kałużą relatywnie niewielka ciężarówka, spalona, poczerniała od ognia, a ze środka wysypywały się jakoweś ziemniaki z ogniska czy inne skremowane warzywa.
- Nie sądzisz, że to dziwne, zastanawiać się nad kształtem kałuży i nie zwrócić uwagi na coś takiego? – chciał wiedzieć brat.
Nie, nie uważam, ja bowiem już od dawna wiem, że im coś jest większe, tym bardziej tego nie widzę i chyba nigdy już nie uda mi się w sobie tego zmienić. W ogóle percepcja moja bywa bardzo ograniczona. Dowodem na to niech będzie fakt, że założeniem naszego działania dzisiaj było zakupienie choinki, która mogłaby zostać zaklasyfikowana jako mała, no, ewentualnie średnia. Obejrzeliśmy więc parę egzemplarzy, jedna jakaś taka za spora jednak była, druga całkiem niezła, ale trochę jej łyso było, w końcu uprzejmy pan sprzedawca podsunął nam drzewko zupełnie malutkie w porównaniu z pozostałymi, względnie ładne, zatem pomyślałam, że się to maleństwo najwyżej postawi na stołku, coby je lepiej wyeksponować. Złożyliśmy zatem zgodne oświadczenia woli i zawarliśmy umowę sprzedaży połączoną z wręczeniem rzeczy, a następnie udaliśmy się (ja i Pafak, a nie – ja i pan sprzedawca) do domu. Zabawa zaczęła się przy wchodzeniu do windy.

- Może w drugą stronę spróbuj? – zasugerowałam, bo się czubek drzewka nie chciał zmieścić. Wyjęcie z windy tego kawałka choinki, który już się tam znalazł, też nie było takie proste, ale w końcu jakoś się udało.
- Patrz, a tam się taka mała wydawała – rzekłam trochę filozoficznie.
- No, ja myślałem, że taką niską wybieramy, jak Jarek, a tu się okazało, że przynieśliśmy Romka.
W tym roku nasza choinka ma na imię Romek. Pozwolę sobie dodać, że Pafak się z nią/nim już rozprawił za pomocą piły, jest więc mój brat prawie jak ice truck killer, chociaż, niestety, nie mamy samochodu chłodni. No ale na dworze nie jest najcieplej, więc może to wystarczy.
Aha, choinki też póki co nie pociął na wiele drobnych kawałków, a jedynie nieco ugładził tu i ówdzie. Nikt nie jest doskonały.

*

Na zakończenie jeszcze refleksja malutka nad podrywaniem w warunkach niepewności.
Szłam sobie wczoraj osiedlowymi uliczkami, bardzo skąpo oświetlonymi, a jako że jak zwykle zapomniałam zabrać kapelusz, to chroniłam się przed zimnem za pomocą kaptura, przeto fizys moja nieszczególnie dobrze była widoczna. Tymczasem z naprzeciwka zmierzał w mym kierunku jakiś facet, postawny dosyć, ale znać było, że chodzenie sprawia mu pewien kłopot, a chodnik buja nim to w prawo, to w lewo. Ale cóż, wyminąć go trzeba, nie będę specjalnie przechodziła na drugą stronę, no bez przesady. Wymijam więc i słyszę:
- Jesteś piękna. - Ułamek sekundy wahania. - Prawda?

Link 07.12.2007 :: 18:07 Komentuj (6)
Chciałabym krótko o tragediach, które się człowiekowi czasem przytrafiają.

Kiedyś, dziecięciem będąc, nie rozumiało się jednak paru rzeczy, na przykład: dlaczego Mutter krzyczy, kiedy wraca wieczorową porą z pracy, a w lodówce (lub też poza lodówką, ale koniecznie w domu) nie ma mleka. A konkretniej: dlaczego Pafak-niegodziwiec ośmielił się wytrąbić wszystko. A przecież nie ma to nie ma, trudno się mówi, co nie? Bez mleka można żyć – tak kiedyś myślałam.
Kiedyś, dziecięciem będąc, szydziłam z kawowego uzależnienia i pozwalałam sobie zwać czarcią urynę czarcią uryną właśnie i dumna byłam z tego, że nie pijam owego ohydnego napoju.

Dziś jestem prawie nieletnia i rozumiem więcej. Rozumiem, że oto spotkała mnie kara za grzechy młodości.

Podobno nie dolegliwość kary, lecz jej nieuchronność ma być najlepszym sposobem prewencji – niektórzy młodzi juryści powtarzają to zdanko zaczerpnięte z historii prawa niczym swe osobiste credo. Tymczasem moje zasoby kawy od jakiegoś czasu był już na wyczerpaniu i zaiste, nieuchronnie zbliżała się chwila, gdy pójdziemy na dno, ja i moje uzależnienie. Na dno słoika, dolegliwie puste. Prewencyjnego uzupełnienia zapasów nie uskuteczniłam, już któryś raz z kolei mi się to przytrafia, no po prostu recydywa, która właśnie wyszła na jaw, gdy tymczasem zarówno na polu, jak i na dworze, pada deszcz, ja zaś jestem przeziębiona, mocno pociągająca (niektórzy twierdzą, że zawsze jestem, acz chyba jednak w nieco inny sposób) i, nie ukrywajmy, nie wyglądam dziś przesadnie ładnie. Mogłabym się więc już nigdzie nie wychodzić, tylko spróbować zadowolić rozpuszczalnymi granulkami kawowymi, stanowiącymi własność Katjaha – ale moja wiara mi na to nie pozwala, dlatego łapię za płaszcz i klucze i wybiegam z domu na ten deszcz, bez szalika, bez parasola i co sił w nogach gnam do Frażeta, modląc się, by miał w swej ofercie Tchibo Exclusive. Miał. Co za ulga.

Cynamon. Kardamon. Czekolada. Świeża, dopiero co otworzona kawa. Z mlekiem. Czysta rozkosz, nawet bez wstrzykiwania.

Cześć, nazywam się Carol i jestem uzależniona.

Link 10.11.2007 :: 12:45 Komentuj (4)
”Boję się Greków i ich darów” - przeczytałam w autobusie, a konkretnie to w książce, którą przed oczyma dzierżyłam, jadąc darem komunikacji miejskiej, rumakiem linii 124. Rumak ów wypchany był po brzegi wrogo nastawionym narodem, a w dodatku jak zwykle nie dojechał do mojego przystanku, bezczelnie zatrzymując się na pętli przy Ruczaju – i właśnie z tych dwóch powodów nie wciągnęłam go za bramy swego Tak Zwanego Domu, unikając niewątpliwie wielu przykrych niespodzianek. Za to dawno temu wprowadziłam do tego miłego mieszkanka dar od Katarzyny, Żabę Trojańską, która przyczajona od ponad roku, cały czas szukała okazji do ataku, na pozór taka cicha i niegroźna. Choć, gdyby się nad tym zastanowić, to już w przeszłości przejawiała oznaki agresji, próbując pożreć Marcina, co widać zresztą na załączonym obrazku. W Tak Zwanym Domu karmimy ją jednak nie ludźmi, ale rzeczami przeznaczonymi do prania i zapewniamy jej kwaterunek między pralką i prysznicem. Niestety, podstępny żabol wykazał się daleko posuniętą niewdzięcznością, którą tłumaczyć może jedynie instynkt gatunkowy, i przemókł był, głęboko w rzyci mając fakt, że to, co ma głęboko w rzyci, przemoknie również i, w odpowiednich warunkach, zdoła nawet prześmierdnąć lub zgoła pokryć się niepokojącym nalotem barwy białej.
Ostatnio z Katjahem prowadzimy politykę racjonalnego żywienia. Minęły bezpowrotnie czasy, kiedy na ugotowanych ziemniakach osiedlały się różne rodzaje grzybów i pleśni, nie powrócą już dni, w których w szafce można było znaleźć gnijące zwłoki pomarańczy, nigdy więcej majonez nie wybiegnie z lodówki bez naszego pozwolenia. Myślałam, że żadne kiepsko pachnące kataklizmy nam się więcej nie przydarzą, ale myślenie nie jest widać moją mocną stroną, jak nie kuchnia, to łazienka zostanie zaatakowana przez wrogie siły. Oddzieliłam zatem rzeczy zarażone od rzeczy suchych, co bardziej odrażające sztuki wyrzucając do śmietnika, a pozostałe pocisnęłam do naszej jedynej miski, posypałam obficie proszkiem do prania i zalałam wrzątkiem, uzyskując w ten sposób smakowity koktajl. W pralce nastawiłam rzeczy nie wymagające specjalnych zabiegów odkażających, po czym napisałam Katjahowi liścik, że uciekam do Ameryki Południowej i wybyłam co rychlej z mieszkania, planując, że po drodze do Argentyny wstąpię jeszcze do AudiMaxa i sprzedam jakiejś dziewoi z pierwszego roku Sójkę-Zielińską, żeby mieć na bilet.
Wracając jeszcze do tematyki autobusowej, to doszłam niedawno do wniosku, że nie dałabym rady zostawić w takowym walizki z bombą, bowiem uczynni mieszkańcy Krakowa wetknęliby mi ją z powrotem do ręki, nim zdążyłabym uciec. Już dwa razy mi się taka sytuacja przydarzyła ostatnio, choć jak dotąd ograniczałam się do prób gubienia prostych przedmiotów użytkowych. Raz jakiś chłopak przeciskał się przez tłum, by oddać mi zapomniane rękawiczki, no ale potrafię nawet zrozumieć, że przedstawiciel płci męskiej zapragnął przysłużyć się jakoś roztargnionej niewieście. Za to innym razem jakaś kobiecina niemal wybiegła za mną z autobusu, by oddać mi mój parasol. Zresztą, parasol ów próbowałam zgubić jeszcze parę razy, dążyłam do tego wytrwale, bo powyginany był, ale dopóki był, to nie miałam motywacji, by nabyć nowy; niestety, podświadome próby porzucenia go w Sali Audytoryjnej niweczyły zawsze Olga albo Katjah. Za to nowy egzemplarz udało mi się już wczoraj zostawić w torebce Ilony, gdzie spoczywać miał jeno na czas imprezki w modnym krakowskim klubie. Bowiem wczoraj uprawialiśmy sui generis clubbing, to znaczy: szukaliśmy lokalu, w którym w piątek po dwudziestej drugiej są jeszcze miejsca, niekoniecznie siedzące, wystarczyłyby tańczące. Niestety, w większości były już tylko takie na baczność, no ale w końcu udało nam się zagarnąć dla siebie kawałek podłogi w czymś różowym i tolerancyjnym. Kul.

Link 12.10.2007 :: 17:33 Komentuj (4)
Mam powody by podejrzewać, że świat skończył się w czerwcu bieżącego roku. Zrobił to, skubaniec, niepostrzeżenie, udając, że nie, skądże, żyjcie sobie dalej, ludzie, jak gdyby nigdy nic, a ja tu tylko, pyk, skończę się, drobiazg, nie zwracajcie na mnie uwagi. Tak było właśnie. Zapytasz może, Czytelniku jeden z drugim, Czytelniku nastawiony – jak zwykle – sceptycznie, skąd takie podejrzenie, zupełnie idiotyczne, przecież życie toczy się dalej, czas płynie i leczy rany postrzałowe, kłute, szarpane, a nawet rany zadawane przez słoik z dżemem agrestowym, rozbijający się na głowie dozorcy. Rozumiem Twą ostrożność, Czytelniku. Przyznam szczerze, że i ja w swoim czasie w ogóle nie zauważyłam, że coś się skończyło, ale ta straszna świadomość wreszcie do mnie dotarła, bowiem dostrzegłam Znaki.
Znak pierwszy (beżowy, w biało-niebieskiej obwódce, z napisem AVON): podkład do fizys, zwany też „kremem maskującym” - nie wiedzieć czemu od początku jakby nie chciał trzymać się twarzy, jeno zwijał w nieestetyczne wałeczki. A czyż nie jest napisane: „Nie wałkuj sie, mejkapie, bo prędzej świat się skończy, niż zostaniesz zaakceptowany”? Zerknięcie na datę ważności pozwoliło stwierdzić, że dałam sobie wcisnąć produkt, który ostatnie chwile świeżości przeżywał w czerwcu dwa tysiące siedem. No ale jeden dowód to żaden dowód, testis unus, testis nullus, zróbmy więc kolejny test na koniec świata.
Znak drugi: (różowo-biały, z napisem FRENCH): chciałam sobie przed parapetówką u Ani przyozdobić paznokcie na francuską modłę, paski się przylepić nie chciały, więc malowałam te białe końcówki drżącą dłonią, na wyczucie, trudząc się jak zawsze niemało. Ale gdy przyszło do nakładania warstwy różowej, okazało się, że lakier ów zasycha w jakieś smugi i grudki, nadając paznokciom szczególnie niezdrowy wygląd. A czyż nie jest napisane: „Pokazać się na imprezie z niechlujnym paznokciem to widomy znak końca”? Przed chwilą, zainspirowana znakiem trzecim, sprawdziłam, do kiedy należało spożyć ów lakier i oczom mym ukazała się data opisująca miniony czerwiec właśnie.
Znak trzeci (bezbarwny, zapach charakterystyczny): pozostając w tematyce lakierniczo-martwotkankowej, wspomnę, że postanowiłam sobie oto zmyć z paznokci bezbarwną warstewkę ochronną i nałożyć nową, równą i gładką, poprzednia bowiem zdążyła poodpryskiwać tu i ówdzie. Konieczne okazało się przy tym skoczenie do „Frażeta” po buteleczkę zmywacza, który kusił napisem na etykietce: „Działa szkodliwie po połknięciu. Działa szkodliwie na drogi oddechowe”. I czyż nie było na niej napisane również: „Ważny do 06.07”? Szkoda, że nie przeczytałam tego przed dokonaniem transakcji.
Nie mów mi zatem, Czytelniku, że nie nasuwa Ci się na myśl tylko jeden wniosek – po czerwcu nie było już niczego, nareszcie nie było niczego, nie ma więc i nowych kosmetyków, bo nie ma świata, nas nie ma i nie musimy już troszczyć się o naszą urodę. Możemy być teraz skrajnie nihilistyczni, dekadenccy do przesady, możemy palić długie papierosy, wychodzić boso na balkon i rozmawiać z nieznajomymi o wszystkich swoich doświadczeniach seksualnych. Chociaż, prawdę mówiąc, do niedawna wyjście boso na balkon w naszym Tak Zwanym Domu mogłoby właśnie zepsuć nastrój, bo nie ma nic dekadenckiego we wdepnięciu w produkt ptasiej defekacji. No ale teraz wraz z Katjahem doprowadziłyśmy tarasik do porządku, więc jeśli ktoś miałby ochotę nań wyjść, ażeby poupajać się własną marnością, patrząc na jak zawsze zapchany parking i bloki numerowane według kolejności powstawania, to zapraszam. Ja i tak w tym czasie pewnie będę gdzieś na uczelni, irytując się, że prawie wszyscy wykładowcy i ćwiczeniowcy rozpaczliwie pragną być dowcipni i sypią „żartami tygodnia”, czy wręcz „żartami miesiąca”, ku uciesze niewybrednej gawiedzi. Mym faworytem jest „Kryminalistyczna problematyka przestępstw gospodarczych”, na której prowadzący ją pan doktor jest tak bardzo zachwycony własnym poczuciem humoru, że merytoryczne treści z podziwu godną konsekwencją stara się zepchnąć na plan jak najdalszy – bo jeszcze ktoś pomyśli, że traktuje swój fach poważnie. A nie, nie pomyśli, pół godziny spóźnienia na wykład, a później kolejne pół – na ćwiczenia, rozwiązało problem. Koniec świata.

Link 20.09.2007 :: 03:17 Komentuj (1)
Gdyby ktoś kiedyś tworzył listę stu największych komunałów, to – gdyby chciał być solidny oraz wiarygodny – musiałby umieścić gdzieś wysoko hasełko mówiące o tym, że życie, niestety, nie jest usłane różami. Ja co prawda nie tworzę póki co żadnego takiego rankingu, ale mam ochotę pozwolić sobie na powtórzenie tego banału już na samym wstępie owej notki. Na swoje usprawiedliwienie mam jednak to, że dzisiaj skończyłam czytać książkę, która – wbrew tytułowi – arcydziełem nie była, o sztuce mówiła niewiele, sporo za to o poznawaniu własnej wartości i poszukiwaniu siebie, a wszystko to w tonie kucharskim aż do przesytu. Po takiej lekturze mogła wbrew mej woli przyczepić się do mnie jakaś niedobra maniera, dlatego bez większych wyrzutów sumienia piszę teraz te oto słowa: niestety, życie nie jest usłane różami. Być może alergicy mają na ten temat inne zdanie, ale tym razem pozwólcie mi być egoistką.
No ale skoro już jestem banalna, to niechaj nie będę przynajmniej niewiarygodna i uzasadnię jakoś postawioną tezę, przytaczając niezbite argumenty, inne niż ten, że jak się wyjrzy za okno, to nie widać żadnych róż, widać za to trochę ludzi, liści, samochodów, betonu i takich tam - może po prostu życie jest gdzie indziej.
Życie nie jest usłane różami. Jest stresujące, bywa irytujące, a na dodatek – podstępnie niebezpieczne. Szczególnie stresująca potrafi być w tymże żivocie wydziałowa biurokracja, splątana więzami Przeznaczenia z sekretnymi arkanami Systemu znanego jako USOS. Rozwinięcie tego skrótu to bynajmniej nie propozycja typu: „Ulep Sobie Ogromny Stożek” (przemilczmy, z czego i co miałby symbolizować) ani też deklaracja, że: „Uprzyjemnimy Studentom Okoliczności Studiowania”. Uniwersytecki System Obsługi Studenta może coś uprzyjemnić chyba tylko zdesperowanemu masochiście, poza tym jednak jest antytezą uprzyjemniania i ułatwiania – za to świetnie sobie radzi jako siewca niepokoju i świątynia pobożnych życzeń. Oprócz tego służy jeszcze jako protokół, więc powinny w nim być wszystkie oceny i zaliczenia, jakie się pozyskało w ciągu roku, inaczej złożenie indeksu w sekretariacie może napotkać pewne bariery. Winę za braki w USOSie ponosi student. Szczegóły mych rozterek mało są interesujące, zatem przemilczmy je tutaj, powiedzmy tylko, że lękam się – wiem, że zapewne bez powodu, ale jednak – o swe dalsze losy na mym ukochanym wydziale, o to, że za tydzień stracę zęby w kolejce do dziekanatu i, żeby sobie dołożyć, o stypendium (a co, jeśli nie dopełnię jakiejś formalności i Wszystko Przepadnie?) i wyścig do zapisów na lektorat, w którym nie wezmę udziału, póki nie rozliczę roku. Ech, kiedyś wszystko było łatwiejsze, wstawało się przed słonkiem, szło się do katedry, wciskało innym łokcie między żebra, integracja była, jakieś kontakty z ludźmi, a teraz – wszystko przez ten bezuczuciowy Internet.
Życie nie jest usłane różami. I nawet, gdy wydaje ci się, że wszystko jest w porządku, że jesteś we własnym domu i możesz odetchnąć, gdy w łazience zmywasz z siebie trudy minionego dnia – nawet wtedy nie jesteś do końca bezpieczny. Mną wstrząsnęła ta świadomość, kiedy myjąc twarz tonikiem (bez dżinu i bez dżina) postanowiłam przy okazji przeczytać jego instrukcję obsługi. A tam stoi tak: „UWAGA! Produkt, dopóki nie wyschnie, jest łatwopalny." Swoją drogą, ciekawe, co trzeba zrobić, żeby przypadkiem podpalić sobie rozprowadzony po fizys tonik? Wyobraziłam sobie przybliżanie twarzy do piecyka gazowego, pochylanie się nad kuchenką (też gazową, najlepiej zapaloną), nawet rozpalenie małego ogniska domowego i suszenie się nad nim, ale jakoś mnie to nie przekonuje.

Link 12.09.2007 :: 12:55 Komentuj (2)
To prosty blogasek jest. Powiedzą mu: "Wstań i idź!" - to idzie; zwłaszcza, że słyszał już kiedyś co nieco o Łazarzu. Postanowiłam zatem dokonać tego małego cudu, wskrzesić biedaka i napisać do niego choć kilka słów, mimo że nudzi mnie chłopak nieco swoim wyglądem. No ale. Mając już ładnych parę lat praktyki na różnych serwisach, które - dziwnym trafem - zwykle upadały parę miesięcy po moim zarejestrowaniu się tamże, dokonałam pewnej konkluzji. Otóż, potrzeba pisania pojawia się u mnie cyklicznie, zazwyczaj jesienią, potem stopniowo opada aż do całkowitego wygaśnięcia i wreszcie odradza się, wybuchając niespodziewanie i bez wcześniejszej zapowiedzi. Jest w tym spostrzeżeniu coś inspirującego, co każe mi dosztukować obrazki męskich i żeńskich zarodników notek i doprowadzić do umieszczenia "cyklu rozwojowego blogaska" w podręcznikach do biologii.
Owa nagła potrzeba pisania pojawiła się dzisiaj, kiedy to stałam na taborecie w łazience i wieszałam na sznurku pod sufitem baterię świeżo wypranej, wielobarwnej bielizny. Wtedy właśnie mnie dopadło, wołając: „Opowiedz o wczorajszym sabacie forumowym, opowiedz!” Opowiem zatem, no bo co innego mi pozostaje?
Sabat, czyli spotkanie jedynie w żeńskim gronie, odbywało się w mrocznej atmosferze niezdrowego jedzenia, co niepokoi serce niewiasty, do której zimowa warstwa ochronna zaczyna przychodzić w tym roku jakoś wcześniej. Ale co z tego. Nieobecność pierwiastka męskiego, czyli Jacka (czyli Niszczuki), była poniekąd rekompensowana towarzystwem Jacka - Sparrowa. Kapitana zresztą. Końcówki drugiej części "Piratów..." nie zdążyłyśmy co prawda obejrzeć, ale jak przeczuwam, na końcu i tak pewnie były niehigieniczne sceny pocałunków na tle zachodzącego nad oceanem słońca (w pierwszej części słońce nie zachodziło podczas tych romantycznych momentów, to poważne niedopatrzenie reżysera). Chciałyśmy zdążyć na ostatnie autobusy, no ale dwudziestka i tak popełniła czyn (oburzający zresztą) przez zaniechanie, pozostawiając mnie samą na przystanku na tym drugim końcu miasta, na którym akurat nie mieszkam. Cóż dalej czynić, mając w portfelu tyle pieniędzy, że mogłabym co najwyżej wsiąść do taksówki i od razu z niej wysiąść, nie czekając nawet, aż kierowca ruszy? Pomysł powrotu na tak zwanych nogach, choć niewątpliwie kuszący, nie doczekał się jakoś mojej aprobaty, nie pozostało mi więc nic poza powrotem do Lowenny, która na szczęście zgodziła się mnie przygarnąć. Co, nawiasem mówiąc, zaowocowało wysępieniem kolejnej książki. Regał Lowenny śni mi się już zresztą po nocach - w snach owych pożyczam od Magdy nawet te książki, które naprawdę nie istnieją. Ale tym razem to nie był sen, "Diuna" też jest całkowicie rzeczywistym tomiszczem, które z ledwością mieści się do torebki.
- Mesjasz przyjdzie w przyszłym tygodniu – wyjawiła mi Magda.
- Fajnie jest znać termin nadejścia Mesjasza – zauważyłam mimochodem.
- Niestety, to tylko Mesjasz Diuny. Z Merlina.

Zakończę dzisiaj wątkiem spożywczym, bo o poranku zostałam też uraczona śniadaniem. Na śniadaniowych kanapkach występował między innymi pomidor, zatem Lowenna wskazała ręką na koniec stołu, mówiąc, że tam stoi sól. Patrzę, faktycznie, stoi plastikowy pojemniczek z czymś białym, wcześniej pomyślałam, że to cukier, bo kryształki jakieś grube, no ale jak mi mówią, że sól, to solę, prawda? Posoliłam, zjadłam. Sięgnęłam po drugi egzemplarz kanapki, posoliłam, zjadłam. Następnie zapragnęłam posłodzić herbatę.
- Gdzie masz cukier? – Już, już, sięgałam do szafki, w której intuicyjnie wyczuwałam obecność obiektu mojego pożądania.
- Tu, na stole stoi – Magda wskazała ten sam pojemnik, z którego wcześniej czerpałam, przyprawiając pomidora.
- Aha, a więc teraz to jest cukier? – zapytałam podejrzliwie. I się okazało, że dobrze mi się wydawało na początku, że to cukier był, a solniczki stojącej obok jakoś po prostu nie zauważyłam wcześniej. Nie zauważyłam też, że szynka jakoś bardziej słodko niż zwykle smakowała, co zaskakuje, wziąwszy pod uwagę, ile ja solę. Siła sugestii.

Link 05.06.2007 :: 14:16 Komentuj (2)
Wiecie co? Jechałam sobie dzisiaj na egzamin z historii prawa, a jechałam ruchomymi schodami. Nie myślcie jednak, że na wydziale prawa w którymkolwiek budynku są jakieś ruchome schody, nie. Po prostu uniwersytet, demon przedsiębiorczości, wynajął Audytorium Maximum wraz z Aulą Dużą B, w której ten egzamin miał się odbyć, a wynajął je pszczelarzom na ich rojną i miodną konferencję. Dlatego egzamin był w Collegium Medicum, gdzie wchodząc trzeba minąć prosektorium (prosektorium na ulicy świętego Łazarza nabierza iście metaforycznego wydźwięku) i porzucić wszelką nadzieję. Porzuciłam. A jadąc tymi schodami łamagą się okazałam, popsułam sobie obcas i musiałam chodzić na palcach. Wiecie jak trudno jest chodzić jedną nogą normalnie, a drugą na palcach właśnie i przy okazji wyglądać godnie, dumnie i kobieco?
Egzamin trudny był. Homofobiczny. Pytali mnie o to, który kodeks zakazywał homoseksualizmu.
A potem poszłam do szewca. Wchodzę i pytam, czy mi pan buta tak od ręki naprawi, a pan się każe rozebrać, to popatrzy. No to pytam, czy tak całkiem. Na co pan, że jak sobie życzę. No to ja, że zacznę od butów, a potem się zobaczy, co będzie dalej. Ale dalej się okazało, że nie ma takich fleków jak trzeba, ale pan mi może owe obcasy podkuć (czy co tam zrobić, to zbyt skomplikowane na mój kobiecy rozumek), acz dobrze by było, żebym poszła do domu najpierw i się przebrała, żeby boso później nie wracać. Poszłam więc i się przebrałam. Wracam do szewca, a szewc na to, że buty na trzynastego będą gotowe. Na co ja z niedowierzaniem pytam, czy rzeczywiście na trzynastego. Pan się zdziwił, że nie uprzedził i jakby rozbawiony był w tym zdziwieniu. Na to ja, że tak być absolutnie nie może. No to pan pyta, na kiedy bym chciała. Ja, że na jutro. Pan, że niemożliwe. Ja, że jak to, że do domu jadę i ich potrzebuję, że ja bez tych butów żyć nie mogę i że pan mi serce łamie. No to pan powiedział, żebym przyszła dziś wieczorem. No to jesteśmy umówieni, joł!

Link 24.05.2007 :: 22:33 Komentuj (2)
Cóż, nie da się niestety ukryć, iż kwiecień anno domini 2007 to dla archiwum tego blogaska nazwa całkowicie i niezaprzeczalnie pusta, żaden, choćby najskromniejszy desygnat notki się tamże nie pokazał – widać nie był to dobry miesiąc dla cudów i objawień niezwykłych na tym polu. Ani na dworze. Ani na zewnątrz, ani wewnątrz nawet. Bynajmniej. Ech, taki żivot. Ale za to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby maj jakoś umaić i słów parę napisać i niech już się zamknie ten, kto krzyczy, że uczyć się, już, natychmiast i że w poniedziałek kolejny, super wypaśny egzamin z tak zwanej konsty. Zaraz sobie pójdę, naprawdę.
Właściwie to już teraz zamiar taki powzięłam, wzięłam też prysznic, łoże sobie przygotowałam, komputer wyłączyłam i gotowa byłam całym swym jestestwem pogrążyć się w problemie skarg konstytucyjnych, wniosków i pytań prawnych. Jednakowoż okazało się, że jest potwornie gorąco. No, okazało się to już parę dni temu, ale teraz uznałam za stosowne przełamać swój lęk przed byciem obserwowaną i otworzyć okno na całą szerokość, ba, nie tylko uznałam za stosowne, ale nawet to zrobiłam. I wzdrygnęłam się.
Ostatnio do pokoju wpadła mi jaskółka. To znaczy, ja myślę, że to była jaskółka, ale pewności mieć nie mogę. Jedyne, czego jestem pewna, to że nie wpadł do mego pokoju profesor o nazwisku zbliżonym do nazwy tego stworzonka, a na mym wydziale wykładający, no bo po co miałby to robić w niedzielę o szóstej rano, albo kiedykolwiek indziej? Przyjmijmy więc domniemanie jaskółki, wynikające z takich przesłanek, że nie był to ani wróbel, ani gołąb, ani jastrząb, ani orzeł, ani paw, ani sowa, ani pterodaktyl. Wpadło mi to stworzonko domniemane przez okno i ze snu mnie wyrwało, a ja przerażona nakryłam głowę kołdrą i pomyślałam, że nie, nie, nie, wcale nie chcę mieć jaskółki w pokoju. Ona też nie chciała tu być, zaczęła z rozpaczy walić głową w szybę i przy okazji kazała się zastanowić, jak tu zamknąć, a następnie otworzyć szeroko wrota ku ptasiej wolności bez pomnożenia obustronnej paniki. Finał tej historii jest szczęśliwy, nie zostałam zadziobana na śmierć, ale za to po powrocie do łóżka śniło mi się, że więcej ptactwa wleciało mi do mieszkania i że łapaliśmy je razem z Katjahem i jej siostrą, acz unicestwiać ich nie wolno było mimo swoistej klęski żywiołowej, bowiem ustawa zezwalała na taką eksterminację tylko organom podlegającym Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji.
Dlatego właśnie dziś wzdrygnęłam się, otwierając okno na całą szerokość. Nie, żebym bała się kolejnej jaskółeczki – choć jedna wszak wiosny nie czyni, zatem można się domyślać, że skoro jest wiosna, to po okolicy fruwa więcej desygnatów tej nazwy (można, ale nie trzeba, bo dzisiaj na własne oczy widziałam, że jaskółcze gniazdo w istocie uwite jest pod jednym z okien w bloku). Nie, ja się bałam, że skoro mając okno lekko uchylone nabawiłam się małego ptaszka (całe szczęście, że nie jestem facetem), to per analogiam otwierając okno szerzej, nabawię się czegoś większego – i wyobraziłam sobie, że to jakiś wielki, kosmaty, obleśny stwór o budowie zbliżonej do pterodaktyla.
Ale poza tym okna są fajne. Można wystawić za okno śmieci, kiedy zaczynają zbyt mocno manifestować swą obecność. Wczoraj co prawda Katjah twarda była, poszła z nimi na tak zwany hasiok, ale, wystawcie sobie, woń rozpływająca się po mieszkaniu wcale nie straciła na intensywności. Za oknem wylądowały więc wyjęte niedawno z zamrażalnika polędwiczki (które przeleżały tam sobie od września) i teraz to na nie padło podejrzenie o wydawanie tak niestosownego zapachu. Nie pomogło. Rano obwąchałam okolice butów w przedpokoju (a nuż się coś organicznego przyczepiło bez ostrzeżenia), sprawdziłam też, czy nie rozkładają nam się nigdzie jakieś zwłoki – ale nie, to nie to. Nawet ziemniaki w szafce w kuchni tym razem jeszcze nie zgniły. Ale w końcu Katjah znowu ujawnił swe bohaterskie oblicze, zlokalizował źródło zapachów, a skrywało się ono było w lodówce, w garnku, pod przykrywką. Intuicję miałam dobrą, to jednak były ziemniaki, acz tym razem ugotowane. Ponad tydzień temu. Dobrze, że nas Sanepid nie kontroluje. Ani Najwyższa Izba Kontroli.

Link 15.03.2007 :: 22:49 Komentuj (10)
Ellinikí Dimokratía czy Poranešna Jugoslovenska Republika Makedonija?

Jakoś mi tak filozoficznie dzisiaj przez dzień cały, odkąd tylko wstałam, wyrwana przez budzik ze snu o doktorze Z., który był w owym śnie przedstawicielem stanu kapłańskiego i w zaciszu swego mieszkania udzielał zbłąkanym duszyczkom rozgrzeszenia. Jestem skłonna podejrzewać, że niejedna duszyczka oczarowana uroczą nieśmiałością pana doktora (nazwijmy go Zasłodkim) chętnie by się w owym zaciszu znalazła w celu grzeszenia właśnie; choć z drugiej strony to pan Zasłodki bardziej się chyba nadaje do darzenia go idealną, platoniczną miłością. No ale mniejsza o to, bo ja właściwie to chciałam tylko tyle rzec, że mnie ów sen natchnął właśnie do zadawania różnych ważnych pytań. Dlaczego śnią nam się różne dziwne rzeczy?
Później jednakowoż weszłam na wyższy poziom metafizyki, bo rozmawiając na gadzie z Katarzyną odkryłam, że chciałabym wiedzieć, dlaczego niektórzy ludzie, w tym Carol, nie potrafią mieć równych, idealnych paznokci, dlaczego mam bluzkę do której nie pasują żadne spodnie, co się dzieje z czasem, który ucieka, skąd się biorą paproszki w kieszeniach bluzy, dlaczego w dzień jest ciepło a wieczorem zimno i trzeba za dnia nosić płaszcz w ręku i dlaczego ten płaszcz nie może sam podążać za właścicielem? Dużo, bardzo dużo pytań. A byłoby jeszcze więcej, tylko że Carol próbował dowiedzieć się czegoś o Radzie Ministrów, bo ćwiczenia z tak zwanej konsty zbliżały się nieuchronnie i jak zwykle serce o lekki niepokój przyprawiały. Jakaż zatem była radość, gdy siedząc w Pałacu Larischa posłyszało się wieść, iż pan doktor (którego za słodkim nazwać nie można w żadnym razie) chorobą zmożon i zajęć żadną miarą poprowadzić nie zdoła. Poszło się zatem z tak zwaną ekipą do pubu o wdzięcznej nazwie „Sesja” wypić za jego zdrowie (nie pubu, a doktora – w końcu tak naprawdę to mu się źle nie życzy), a picie to było kultowe. Pięcioro nas było, z czego cztery osoby zapragnęły koniecznie uraczyć się porcyjką wściekłego psa przed wykładem z, nomen omen, filozofii. Następnie jedna osoba poszła, cztery kieliszki zostały i nas zostało czworo, od gwarzenia nam się głodno zrobiło, ktoś wyjął mandarynkę, ktoś snickersa, poza tym na stoliku pojawiły się dwa kartoniki – jeden z kefirem, drugi z jogurtem truskawkowym – i zaczęliśmy owe trunki rozpijać w stojących na podorędziu kielonkach, wznosząc coraz to ciekawsze toasty i chichrając się niemożebnie po każdej kolejce. I przy okazji rozmawialiśmy o ulubionych kolorach (a podobno studenci prawa są nudni i nie potrafią mówić o niczym, co nie jest związane ze studiami).
Zaś na wykładzie (z kolejnym z licznych doktorów na tym wydziale) posłyszałam pytanie, które wydało mi się wręcz idealnym podsumowaniem moich przedpołudniowych wątpliwości, urzekło mnie wręcz ono i rzuciło nowe światło na paznokcie, bluzki i okruszki – „dlaczego istnieje raczej coś niż nic?”. Rozmyślałam o tym bardzo intensywnie, gdym do domu wracała, patrząc na rozkład jazdy autobusów myślałam sobie, że on też raczej jest niż nie jest, lecz, jak się okazało, nie do końca.
- Ablglbh – wymamrotał jakiś stary facet do mnie; niewątpliwie do mnie, bo nikogo więcej na przystanku nie było, był tylko ów człek, ja, przystanek i ciemność, szczery Ruczaj dookoła.
- Słucham? - zapytałam uprzejmie.
- Przeczytać mi, kiedy będzie dwieście sześć – powtórzył, wskazując na tablicę rozkładów i błyskając okiem szaleńca.
- Nie ma. – Bo w istocie, żadne dwieście sześć nie zapuszcza się w te okolice.
- To sto sześć – powiedział, a Carol sobie pomyślał, że zna on te numery, już mu się zdarzało być podrywanym na rozkład przez różnorakie męty, których wcale nie autobus interesuje, jeno zaczepki.
- Nie ma – odrzekłam krótko, rozglądając się przy okazji, czy aby nikt nie idzie, kto by mi się mógł ewentualnie rzucić na ratunek, gdyby się okazało, że w schowanej w kieszeni lewej ręce dzierży ów dziad scyzoryk na przykład albo inny praktyczny przyrząd, którym by mógł popełnić czyn przestępczy.
- Jesteś Greczynką – zaatakował tymczasem dziad werbalnie, a ja się zaczęłam zastanawiać, skąd się taki pomysł w głowie tego człowieka wziął. Zaprzeczyłam. – Jesteś Macedonką. – Niestety, nie jestem również i Macedonką, musiałam więc go rozczarować po raz kolejny. – Jesteś Greczynką.
- Nie jestem. – Przypomniał mi się w tym momencie brodaty iście dowcip z pytaniem, czy jest pan Chińczykiem, acz ja bynajmniej nie zamierzałam się tak łatwo poddać, zatem ponownie zaprzeczyłam, jakobym pochodziła z tego samego państwa co Platon.
- Jesteś Polką – zaproponował dziad kolejne rozwiązanie, rozczarowując mnie trochę, bo miałam nadzieje, że wymyśli coś ciekawego. W ogóle to ja wiem, że nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi, zwłaszcza podpitymi i wyglądającymi na będących ździebko nienormalnymi, ale ciekawość moja silniejsza była niż instynkt samozachowawczy.
- Jestem – przyznałam się.
- Jesteś urodzoną w Polsce Macedonką! – ucieszył się mój rozmówca. Męczyć mnie to zaczęło, zerknęłam, czy może nie jedzie autobus by mnie wybawić, ale nie, nie jechał, zatem poprosiłam grzecznie, by mi dać spokój. Nie dał.
- Powiedz, jak masz na imię. – Jeszcze czego, pomyślałam, ale idąc w zaparte powtarzałam cały czas tylko „nie” albo „proszę mnie zostawić w spokoju”. – To ja cię nazwę, mogę? – Cóż, i na to się zgodzić nie chciałam. Tymczasem mój rozmówca odskoczył do tyłu, wyprężył się, spojrzał z ukosa, przyskoczył na powrót, a co ja się cofnęłam o krok, to on postępował o krok do przodu, ciągle z tą ręką w kieszeni, Bóg wie, co w niej miał. – Nazwę cię Sumatra. Ładnie?
Na szczęście przybył autobus, w który z ulgą wsiadłam, bo dysputa zaczęła schodzić na tematy filozoficzne. Że podobno nie wierzę w Boga, bo my tam w Macedonii jesteśmy niewierzący. Zaprotestowałam więc krótko przeciwko takim oszczerstwom i odjechałam.
Mówcie mi Sumatra.

EXC. Katjahus